Grupy >> Rynek Wydawniczy >> Forum >> Jarosław Klejnocki przytakuje, że papier nieodwołalnie zmierzcha, i wyprowadza się do sieci.
Autor Wypowiedź
Jarosław Klejnocki na swoim blogu napisał:

"Niniejszym informuję zatem, że wyprowadzam się z wierszami z wydawniczej rzeczywistości druku w rzeczywistość elektroniczną.
Powody? Kilka, co najmniej. Zresztą podobne są tym powodom, dla których niemalże wycofałem się z tzw. recenzenctwem czy też nawet krytyką literacką do Sieci (ale czy to dobre określenie: „wycofałem się”? Może raczej: „przeniosłem”?)."
Cały tekst tutaj: http://klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl/wpis/139/

Już kiedyś podobny wątek tu zainicjowałem. Również pod wątkiem Edinuela pisałem, że - przynajmniej dla poezji - sieć wedle wszelkich prawdopodobieństw wkrótce stanie się pierwszym medium. A jeśli do sprawy wracam to dlatego, że głęboko mnie ona nurtuje.

No więc, szanowni piszący, jak to w końcu jest z tą miłością literatury i sieci? Będzie z niej potomstwo, czy przeminie z wiatrem?

Zapraszam do dyskusji.

02 lipca 2011, 01:31:23
Jarosław Klejnocki, zauważył coś, czego nie może dostrzeć, o dziwo, wielu młodych poetów, otóż, nie chodzi o renomę, że wydałem na papierze (co w ogóle już nie jest renomą), chodzi o dotarcie do jak największej liczby czytelników. Wydawnitwa papierowe wydające poezje wydają ją w ilości egzemplarzy od 300 do 700. Duża część składu jest i tak wysyłania do recenzji, a do "zwyczajnego" czytelnika trafia niewiele książek. Kiedy nakład się wyczerpie, książka jest niedostępna i nie można jej dostać.

Przytaczam argumentacje Pana Jarosława:

"Po pierwsze: zmęczyły mnie relacje z wydawnictwami papierowymi (przynajmniej w sferze twórczości poetyckiej). Zmęczyły mnie także praktyki, bardzo, niestety, popularne poetyckich wydawnictw papierowych (kulejąca, bądź wręcz nie istniejąca promocja, brak dbałości o obecność tomików w księgarniach – rozumiem, że jest trudno – ale jakaś podstawowa przyzwoitość w tej materii jednak obowiązywać powinna, ogólne traktowanie twórczości poetyckiej „per noga” itd.). Jednym słowem – nie satysfakcjonuje mnie już samo wydanie książki poetyckiej w sytuacji, gdy konkretne egzemplarze lądują w piwnicy wydawnictwa lub – co nader częste – w piwnicy autora.

Po drugie: irytuje mnie brak zainteresowania krytyki poezją, albo raczej – brak obecności tej krytyki w przestrzeni papieru (z wyjątkami , oczywiście, zarezerwowanymi albo dla poetów najbardziej znanych, albo hołubionych przez konkretne środowiska, redakcje itp.).

Po trzecie: irytuje mnie brak zainteresowania mediów poezją (z wyjątkami – patrz wyżej).

Po czwarte – i chyba najważniejsze – uważam, że przestrzeń elektroniczna jest przyszłością poezji (a z czasem – także znaczącej części literatury w ogóle)."

02 lipca 2011, 07:30:16
A mnie zirytował ten miniesej. Klejnocki pisze prozą, ale zapomniał, że obecna sytuacja wymaga inkulturacji wiersza, wprowadzania go w obieg. Napisał esej, ale żadnego wiersza przy okazji nie wprowadził w obieg. Czysta strata - dla poezji.

02 lipca 2011, 08:35:52
Fakt, sama zmiana medium nie wpływa na wzmożenie recepcji. Gdyby tak było, czytelnictwo w Polsce rosłoby wprost proporcjonalnie do wzrostu ilości sprzedawanych gadżetów zdolnych otwierać e-booki. Tymczasem, jak niedawno czytałem w sieci, ze spodziewanego boomu na e-czytelnictwo - przynajmniej na razie - został się wystrzał z kapiszona. Tu trzeba by wykonywać pracę u podstaw, przywracać kulturę do krwiobiegu społecznego, w czym nowe media mogą pomóc, ale same roboty nie odwalą. Bo tak naprawdę tu nie chodzi o medium, tylko o to, żeby iksiński mając do wyboru portal plotkarski lub wirtualną księgarnię, kliknął na to drugie. By z Android Market ściągnął aplikację do kupowania e-książek, a nie Iplę.

A co sądzicie o drugiej tezie Klejnockiego - że zapaść krytyki i czasopism literackich też można zażegnać dzięki sieci?

Koszty druku pism, szczególnie tych nowo powstających, przerastają przychód. Ciężko wyszarpnąć dotację od ministerstwa kultury czy samorządów. A też znikomy rezonans czytelniczy zniechęca. Z tego powodu przecież "Kozirynek" zwinął manatki. Los "Arterii", jak rozumiem, też dynda na włosku. A w sieci? Obok chłamu powstają przecież ciekawe blogi - tak pisarskie, jak i krytyczne. Są pisma - choćby "Krytyka literacka", "Krytycznym okiem", "Dwutygodnik" lub mająca i tutaj swój przyczółek "Kofeina". Krytyka nie ograniczają wymogi stawiane przez redakcje np. opiniotwórczych tygodników. Tylko że to wciąż wszystko działa w niszy.

A proza? Bo o ile alians poezji z siecią wydaje się już zaawansowany, o tyle w prozie chyba tak łatwo nie pójdzie. Czytanie dłuższych tekstów na ekranie komputera lub czytnika męczy wzrok, dekoncentruje.

02 lipca 2011, 17:13:12
Myślę, że świat dąży do potanienia dla użytkownika nośników. Wydaje się, że nośnik elektroniczny jest tańszy od papierowego (bo nie trzeba mieć dużego mieszkania, żeby składować książki). Zatem prędzej czy później książka elektroniczna wygra.

02 lipca 2011, 21:11:27
Cena oferty odgrywa niebagatelną rolę w zamówieniach publicznych;). Ja wierzę, że wsparty wielowiekową tradycją papier i to, co go zaczernia będą stanowić świat równoległy do elektronicznego zapisu.

02 lipca 2011, 22:49:02
Tu mi się przypomniały utwory Williama Blake'a - ręcznie kopiowane. Także to, co robi moja dzielna sześcioletnia córeczka już od lat 2. Książki ręcznie kopiowane powstają do dziś, ale są utworami niszowymi.

02 lipca 2011, 23:37:47
Jedno z moich opowiadań wklejone ponad dwa lata temu na jednym z portali ma dziś 1017 otwarć i ta liczba stale się zwiększa. Otwierają zapewne tak zwani goście, których bywa na portalu codziennie ponad 200. Sadzę, że to głównie Polonia. Nigdy nie sprzedałabym tylu książek, bo ilość sprzedanych przeze mnie książek jest wręcz śmieszna. Po diabła wobec tego mam się pchać do drukarni?
Zauważyłam jeszcze jedno zjawisko. Kiedyś zachłannie kupowałam pisma literackie i dokonywałam w nich odkryć. Ostatnio jest jednak moda na numery tematyczne, które odrzucam z mety. A nawet jeśli nie tematyczne, to poprawne literacko ( odpowiednik poprawności politycznej). W tych pismach jest to,co wypada, żeby w nich było, a nie to, co jest naprawdę ciekawe i odkrywcze.

03 lipca 2011, 09:04:38
Pani Wando, dodatkową zaletą w elektronicznych, że redaktorzy mogą się sami dopuszczać do druku.

03 lipca 2011, 10:04:37
No właśnie. Bo ja nie cierpię jak ktoś się nade mną lituje. A na tym chyba polega dopuszczenie do druku.

03 lipca 2011, 10:16:55
@Tomek .

Papierowe pisma literackie również publikowały przede wszystkim teksty redaktora naczelnego i współpracowników, a ponadto sponsorów gazety. Nie wiem jak obecnie, bo tak jak P. Wanda, nie kupuję już.

03 lipca 2011, 10:20:54
Ergo: redaktorzy - autorzy sami się nad sobą litują, publikując się w e-mediach.

03 lipca 2011, 10:24:01
Pani Elizo
Czy to było (jest?) Pani zdaniem etyczne?:)

03 lipca 2011, 10:29:43
Moim zdaniem samopublikacja nie ma nic wspólnego z etyką. Jest to obojętne etycznie. Natomiast świadczy o zamkniętości środowiska, które prowadzi pismo, co wiąże się też ze skostnieniem myślenia przez nie prezentowanego. Na krótką metę, na okres, gdy redakcja jeszcze nie zdążyła wypowiedzieć swoich myśli, taka metoda redakcyjna jest bardzo atrakcyjna, bo jednak takie środowisko zwykle ma coś do powiedzenia, tuż po dorwaniu się do redagowania jest sporo energii, używane formy są świeże. Jednak z czasem ten wigor w naturalny sposób zanika i na dłuższą metę czasopismo bazujące na autopublikacji staje się nudne.

03 lipca 2011, 10:49:06
Tomek, jasne, że nietyczne. Podam przykład: redakcja jednego miesiecznika drukowała w ub. roku teksty wyróżnione drukiem w konkursie, przesyłała 1 egzemplarz gazety z pisemkiem, zawierającym prośbę o wsparcie finansowe. Była nawet określona minimalna kwota: 30 zł i dołączony druczek do wpłaty na poczcie. Redaktor tego miesięcznika jurorował, miał więc adresy od organizatorów:)

03 lipca 2011, 10:55:20
Jeszcze dodam, że w tym periodyku to był przedruk z almanachu pokonkursowego.

03 lipca 2011, 12:20:10
Fakt, ja też ostatnio rzadziej kupuję pisma literackie, bo gros mojego zapotrzebowania czytelniczego w tym względzie zaspokaja sieć. O ile takie tuzy epoki papieru jak "Odra", czy "Nowa Fantastyka" mogą czuć się w dawnej postaci w miarę bezpiecznie- a też druk w nich to wciąż jednak nobilitacja dla autora - o tyle nowe inicjatywy, o ile nie zdecydują się na istnienie wirtualne i do tego bezpłatne, mogą z mety pakować walizki po wypuszczeniu kilku numerów.

Argument Pani Wandy o klikalności też przemawia do wyobraźni twórcy. Wiem, sam tego doświadczyłem. Bo przecież w ostateczności dla pisarza powinno liczyć się najbardziej dotarcie do czytelnika, a sposób, w jaki tego dokona, jest drugorzędny. Borges podobno egzemplarze swojego debiutanckiego tomiku wydanego własnym sumptem wtykał w tramwajach ludziom do kieszeni.

Ale pomijając już kwestie prestiżowe, jakie, będę się upierał, ciągle daje klasyczny druk, moją ambiwalencję co do digitalizacji literatury budzi jeszcze jedno. To swoiste uwikłanie tekstu w całą skomplikowaną infrastrukturę technologiczną. Nie wiem, czy dobrze łapiecie, co mam na myśli. Kiedy trzymasz w ręku książkę, jesteś tylko ty i ona - nieważne, jak zawiły był proces jej wyprodukowania i dotarcia do twoich rąk. Przy tekście elektronicznym w tym kontakcie bierze udział mnóstwo pośredników - monitor, układy scalone, jakieś zasilanie. Bez tego e-booka nie ma. Że o jego nietrwałości nie wspomnę.

Z drugiej strony przecież film czy muzyka zapisane na jakimś nośniku lub ściągane via net to też tylko wiązka impulsów - równie nietrwała co plik tekstowy i tak samo potrzebująca technicznego backgroundu, by mogła otworzyć przed odbiorcą swoją treść. Ale tu nikt się nie burzy, wszyscy od lat przywykli. Może więc to tylko kwestia przestawienia zwrotnic mentalnych?

03 lipca 2011, 17:12:09
Jeśli los "Arterii" dydna na włosku, to na własne życzenie redakcji, która, po pierwsze, za bardzo poszła w tematyczność (numery tematyczne są fajne, ale raz na kilka numerów), po drugie zaprosiła wszystkich chętnych do współpracy, ale stawiając im kuriozalne warunki, np. publikacja minimum 5-7 wierszy. Czyli lepiej leden dobry wiersz i cztery słabe niż po prostu jeden dobry.

04 lipca 2011, 13:25:01
Myślę, że "Arterie" jak i wszystkie inne inicjatywy tego typu mają problem ze zrozumieniem, jak w dzisiejszych czasach powinna działać inkulturacja poezji. Co się powinno robić, żeby Kowalski, który już sięga po Stiega Larssona i Joanne K. Rowling sięgnął też po poezję?

Nie żebym ja sam rozumiał, ale myślę, że takie pytanie trzeba sobie zadawać i na nie próbować odpowiadać różnymi sposobami (zobaczymy, który się sprawdzi).

04 lipca 2011, 13:35:28
A z tą książką to też nie do końca prawda - kiedy trzymam w rękach książkę, to jestem tylko ja, ona i producent okularów:)

04 lipca 2011, 13:39:09
Panie Maćku, a jak nie ma WiFi w powietrzu, to ma Pan poczucie, że ten mikroprocesor, czy jak mu tam, to Pana podgląda?

04 lipca 2011, 13:40:57
Nie, nie mam takiego wrażenia, dlaczego miałbym mieć?

04 lipca 2011, 14:43:37
No, tak myślałem, bo przecież między książką a wyświetlaczem książki niewielka różnica...

04 lipca 2011, 15:01:28
To była uwaga żartem, co zaznaczyłem przy pomocy stosownego emotikonu:)

04 lipca 2011, 15:47:21
Nie wypleni się z człowieka chęci trzymania książki w ręku. Jakkolwiek to zabrzmi, siedzi w tym pewna intymność.

Zero-jedynkowość w sprawie ekran-papier, lub ustalanie sztucznych granic, typu- 2 lutego 2012 roku poezja polska oficjalnie przenosi się do sieci, nie ma chyba sensu, łączenie tych dwóch płaszczyzn, może przynieść najlepsze rezultaty. Myślę, że formuła wykorzystywana przez producentów muzycznych mogłaby się sprawdzić- najpierw darmowo wrzucałoby się tomik do sieci, a później ustalało, jakie jest zapotrzebowanie na papier, bo na pewno sporo osób chciałoby mieć go w ręku, czy na półce. Mogłoby to mieć charakter zrzutki, przedpłaty zainteresowanych, wystarczyłoby ze 150 osób z dyszką w kieszeni (to realne?), albo inaczej- co jakiś czas wydawana byłaby antologia najlepszych wierszy, wybieranych na zasadzie głosów na stronie internetowej. Taka strona miałaby charakter ludowego wydawnictwa internetowo- papierowego, sami użytkownicy decydowaliby swoimi środkami, co chcą ujrzeć na papierze (mogłyby być to wspomniane antologie, ale także zwarte publikacje jednego autora), dla obniżenia kosztów- jeden użytkownik z zacięciem graficznym robiłby drugiemu okładkę, drugi robiłby czwartemu skład, piąty szóstemu korektę, itd. Pewnie udałoby się także, od czasu do czasu, dostać dofinansowanie ze źródeł prywatnych, lub publicznych. Utopijne to bardzo, ale tak widzę współpracę ekranu i papieru.

04 lipca 2011, 18:14:05
Zauważyłam ze zdziwieniem, że łatwiej mi się skupić na ekranie niż na książce, a szczególnie na nowo kupionym czasopiśmie literackim. Po prostu wygodniej. Czasopismo trzeba trzymać kurczowo w ręku, bo jak się na chwilę odłoży natychmiast się składa i szukaj człowieku strony, więc niewygodnie jest czytać przy jedzeniu. Lekturę czasopism odkładam zazwyczaj na później. Zdążę.
Trochę także z powodu kiczowatego języka krytyków literackich i marnej prozy (patrz - ostatni TOPOS).

04 lipca 2011, 19:17:54
Musisz być zalogowany, aby móc pisać na forum. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się