Cykl: Widzenia

Autor: Łukasz Kuźniar, Gatunek: Poezja, Dodano: 27 stycznia 2015, 13:59:39
I. Wezwanie

Przychodzisz do mnie we śnie.

Krajobraz po wojnie. Mgła wolno przesuwa

się pod płaszczyzną chmur. Topole wydają

się wyższe. Jesteś zanurzona w błękicie,

którego w naturze nie sposób ujrzeć.

 

Krystalicznie czysta, jakby wyjęta

ze złotych ram obrazu. W dłoniach ściskasz

zegarek ojca, mówiąc: czas się zatrzymał.

Drżą szyby, w oddali błyska nieznośnie biała

łuna światła. W uszach dzwoni pustka.

 

Zrywa się wiatr. Niesie tumany kurzu, łamie

gałęzie, budzi deszcz. I nagle staje się jasność,

i rośnie pod nami łąka. Za łąką domy, dukty.

Parują holenderskie cielaki. Puchate, czarne

koty przebiegają drogę śmierci.

 

Kraków, 10 I 2015

 

II. Pustka

 

Huczą kanonady walących się murów. Dźwięk

tłuczonego szkła niesie się w bezkres. Jak gdyby

nowy, wyrosły świat nie miał początku ani końca.

 

A Ty stoisz we mgle, w tej cielistoróżowej halce

i uśmiechasz, jakby nic się nie stało. Szpacze

skrzeki budzą dzieci, niesie się zapach spalenizny.

 

Wody ustają, słońce dogasa, piksele zielenieją.

Chciałbym zasnąć, ale od wewnątrz coś rozsadza,

dusi jak dym, jak upał, którego nie dane mi było

 

przeżyć. Wchłania mnie powoli to weneckie lustro,

neurony pulsują w głowie, jak cytaty z Marksa.

We wspomnieniach nie kryje się nic                          

                                                             a nic.

 

Kraków, 27 I 2015

 

 

III. Absurd


Na dziewiątym piętrze, w pokoju dusznym

jak sztolnie Śląska, narasta w nas absurd

istnienia. Coś się właśnie zaczęło, a my

wyczekujemy końca. Bez zwiastowania,

archanielskich trąb, bez kręgów ognistych.

 

Od wschodu idzie wiatr stepowy, żółtawy

widnokrąg przecinają klucze gawronów.

Siedzisz niemal nieruchomo, zgięta w pół,

skupiona jak nigdy. I wstajesz z krzykiem:

 

apokalipsa. Ale to wszystko na nic. Płaskie

się spłaszczyło, wypukłe uwypukliło, małe –

zmalało. Czas stoi w miejscu, w otchłań

nas cofa, wtrąca w nieboskłon pustki,

 

powtarzam: pustki.

 

 

Kraków, 20 I 2014 – 26 I 2015

 

IV. Summa

 

A tamci idą przez ziemie obiecane,

przez wykoszone pasaże pól, śmiejąc

się do rozpuku. Idąc niemal tańczą

do muzyki świata, zupełnie bezgłośnej.

 

Niosą toboły byle czym wypchane, nucąc

pod nosem pieśni biesiadne. Nie ma w tym

nic teatralnego. To tylko nieopisana,

 

niezmierzona, niewymowna siła przyciągania,

fizyka bez wzorów i liczb, powszechnie nazywana

miłością, którą wpisałaś w słownik wyrazów

 

martwych.

 

Kraków, 26 I 2015

Komentarze (1)

    •    
    • 27 stycznia 2015, 16:20:43

    Z czterech obrazów wybieram drugi. Najsłabszy jest pierwszy.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się